Chcemy wychować zdrowych, otwartych na inicjatywy, zintegrowanych ze szkołą i społecznością lokalną młodych ludzi, umiejących dokonywać właściwych wyborów, tolerancyjnych, szanujących drugiego człowieka.

I LO im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu

Gimnazjum dwujęzyczne

Turystyka w I LO

Na granicy w Druskiennikach
Ekipa „Kaspra” na granicy w Druskiennikach

Klub Turystyki Kolarskiej „Kasprowicz” skupia uczniów zainteresowanych krajoznawstwem i aktywnym wypoczynkiem. Każdego roku organizowanych jest kilka obozów lub rajdów kolarskich – w bliższe i nieco dalsze okolice, a od czasu do czasu również poza granice naszego kraju. Obecnie opiekę nad klubem sprawuje prof. Andrzej Podbielski, który zastąpił na tym miejscu emerytowanego już, długoletniego opiekuna klubu, prof. Edmunda Mikołajaczka.

Nieco historii

Klub ma w swej historii wyprawę rowerową na Bornholm (2002), kilka pielgrzymek kolarskich na Pola Lednickie, z nieodmiennym przejazdem przez Gąsawę i wizytą w tamtejszym kościele, rajd na trasie Laskowice-Łeba (2008) i wyprawę do Ostrej Bramy (lipiec 2009). W 2010 roku byliśmy w Bachotku, w 2011 odbył się krótki rajd w okolicach Biskupina i Gąsawy, w 2012 objeżdżaliśmy w wakacje Pałuki, a w roku bieżącym...

Migawki z rajdu Szlakiem Latarni Morskich

Z Inowrocławia wyjeżdżamy około wpół do szóstej i około jedenastej jesteśmy już w Świnoujściu. Pogoda jest „dynamiczna”, więc zaciskamy kciuki i zaklinamy ją – byle tylko nie padało! Po przedostaniu się promem na Uznam ruszamy w kierunku granicy z Niemcami i dokładnie w samo południe ustawiamy liczniki naszych rowerów na zero – głęboki wdech – zaczęło się! Cel numer jeden to latarnia w Świnoujściu, trasa jest prosta, więc szybko przyjeżdżamy na miejsce. Po drodze mijamy powstający właśnie terminal gazoportu, imponująca budowa. Ruszamy dalej, drogą przez las. Nie jest to przyjemne, gdzieniegdzie leżą płyty jumbo, a miejscami ścieżkę przerastają korzenie. Rowery dostają dość mocno w kość, pojawiają się pierwsze „ósemki”. W końcu wyjeżdżamy z lasu i po krótkim odpoczynku w Międzyzdrojach ruszamy w drogę. Chmury, które dotąd przesuwały się z daleka, teraz kondensują się nad nami, robi się chłodno i ponuro. Na moście w Dziwnowie decydujemy, że dalej nie jedziemy i zjeżdżamy na najbliższy kemping. Na dziś dość.

Jak przewidywaliśmy, w nocy zaczęło padać. Nad ranem deszcz ustał, ale tylko na tyle, że zdążyliśmy zjeść śniadanie i zwinąć mokre namioty. Dobre i to, przecież mogło padać na okrągło. Szybko pakujemy rowery, ubieramy kurtki przeciwdeszczowe i czekamy, by deszcz trochę zelżał. Nic z tego, rozpadało się na dobre, a przed nami kilkadziesiąt kilometrów. W wisielczych humorach spoglądamy w niebo, owijamy bagaże w worki na śmieci (oryginalny patent Tobiasza), w końcu ruszamy. Niestety, już po kilku kilometrach Darek łapie gumę. Karol, Konrad i Tobiasz zostają z Darkiem, a reszta jedzie dalej, szukając schronienia przed deszczem. Na leśnym parkingu zapada decyzja, by wysłać do Niechorza „szpicę”, która ma znaleźć tam domki kempingowe. Na szczęście w międzyczasie przestało padać i pozostała część grupy mogła obejrzeć ruiny w Trzęsaczu. Lokujemy się na noc w domkach – jest ciepło i sucho.

Z Niechorza ruszamy dalej, kierując się na Kołobrzeg. Tu robimy dłuższą przerwę, podczas której doprowadzamy do stanu używalności kilka rowerów (zajmuje się tym ekipa o ustalonym już składzie: Karol, Tobiasz, Konrad, Darek) i po raz pierwszy bierzemy morską kąpiel. Z Kołobrzegu przez Gąski (latarnia!) ruszamy na nocleg do Mielna, mijając po drodze tereny, na których odbywało się „antyatomowe” referendum. Po dłuższym poszukiwaniu miejsca do spania – właścicielowi jedynego pola namiotowego nie opłaca się wynajmować miejsca na jedną noc – rozbijamy wreszcie namioty, jemy kolację i idziemy spać.

Pogoda się już ustabilizowała, jest bardzo słonecznie. Wyraźnie widać, jak ważny jest odpowiedni ubiór, niektórzy mają bąble od oparzeń. Około dziewiątej ruszamy w drogę. Najbliższy cel to Darłowo, gdzie jemy obiad i odwiedzamy tamtejszą latarnię morską. Niestety, już po wyjeździe z miasta Jackowi rozdziera się opona. Jakoś ją łatamy, ale marnie to wygląda i w końcu decydujemy, by wysłać ekipę remontową na poszukiwanie sklepu. Ku naszemu zdziwieniu poszukiwania kończą się sukcesem i już spokojnie możemy jechać do Jarosławca, gdzie czeka na nas kolejna latarnia, kąpiel na kamienistej plaży i nocleg. Niestety, jest weekend i do północy musimy wysłuchiwać łomotu zwanego „współczesną muzyką rozrywkową”. W końcu jednak wszystko cichnie i można zapaść w objęcia Orfeusza.

Rano znów ruszamy w drogę, zależy nam na szybkim dotarciu do Ustki, bo „ósemka” w tylnym kole roweru Beaty praktycznie uniemożliwia jej jazdę. Niestety, nie obejdzie się bez pomocy specjalistycznego warsztatu. Na szczęście wymiana koła idzie sprawnie i po zaliczeniu kolejnej latarni śmigamy dalej w kierunku Smołdzińskiego Lasu. To jednak nie koniec przygód – parę kilometrów za Ustką w rowerze Kuby rozsypuje się łożysko i przez kilkanaście kilometrów musie jechać na „ostrym kole”. Jest bliski załamania. Utartym zwyczajem wysyłamy szpicę na poszukiwanie noclegu i znajdujemy świetne miejsce, prawdziwe „Spokojne Ranczo”. Karol dłubie przy rowerze Kuby i osiąga tyle, że jutro da się na nim dojechać do najbliższego warsztatu.

Rankiem następnego dnia dzielimy się więc na dwie grupy – część jedzie do warsztatu, a część kieruje się do latarni i przy okazji na plażę. Około południa spotykamy się w Smołdzinie, skąd ruszamy do Łeby. W Łebie czeka nas miła niespodzianka – pole namiotowe o przyzwoitym europejskim standardzie. Lodówka, naczynia, sztućce, czajnik elektryczny, kuchenka gazowa. Świat wygląda inaczej, gdy możesz na kolację zjeść kubek ciepłej „chińszczyzny” z paczki...

Z Łeby ruszamy do Karwi, po drodze musimy odwiedzić latarnię Stilo w Sasinie. Decydujemy się na trasę „Międzynarodowa Ścieżka Rowerowa R10”, nazwa brzmi zachęcająco. Gdybyśmy wiedzieli co nas czeka... Już po kilkudziesięciu metrach okazuje się, że ścieżka R10 jest raczej „ścieżką końską, czasowo dopuszczoną do ruchu rowerowego”, niż ścieżką rowerową spełniającą choćby minimalne standardy „przejezdności”. Klnąc na czym świat stoi, większość drogi pchamy rowery przez łachy rozdeptanego końskimi kopytami piasku. Gdy w końcu udaje nam się wydostać z lasu, oddychamy z ulgą. Natychmiast wysyłamy szpicę do Karwi, by znaleźć nocleg.

Następnego dnia wstajemy dość wcześnie, bo czeka nas długa droga. Szybko mijamy Rozewie i jedziemy na Hel, który musimy przejechać w obie strony. Przy latarni w Helu jesteśmy dość późno, więc nie ma mowy o plażowaniu. Po krótkim odpoczynku ponownie siadamy na rowery i wracamy, na szczęście droga prowadzi ścieżką rowerową, więc przemieszczamy się dość sprawnie. Tego dnia zaliczamy pierwszą „setkę”, dla niektórych z nas jest to pierwsza „setka” w życiu. Końcówka dnia jest trochę nerwowa, bo wysłana na poszukiwanie noclegu szpica wraca z niczym, jednak od czego jest telefon? Chcąc nie chcąc, lądujemy na polu-molochu w Chłapowie. To tylko jedna noc.

Nowy dzień nie zaczął się zbyt dobrze. Wstaliśmy późno, jest bardzo ciepło, jedziemy ruchliwą drogą z Władysławowa. W Pucku zjeżdżamy na mniej uczęszczane boczne drogi do Gdyni, przez którą przedzieramy się jak muchy w smole. Nic nam nie idzie tak, jak trzeba, po kilku dniach spokoju łapiemy kolejne gumy. Wyraźnie widać, że nie uda się nam przedostać przez Gdańsk, więc postanawiamy przenocować w Sopocie. Tu też czeka nas trochę błądzenia, ale wieczorna kąpiel zmywa trochę złych emocji.

Kolejny dzień zaczynamy od przejazdu przez Gdańsk i wizyty w porcie przy latarni. Po drugiej stronie kanału Westerplatte, ale nie mamy czasu, by tam się dostać. Ruszamy do Świbna na prom, który przewiezie nas przez Wisłę. Po chwili refleksji nad polską ekonomią ruszamy dalej, plan dnia jest dość napięty. Po kilkunastu kilometrach decydujemy: szukamy noclegu, zostawiamy bagaże i na odciążonych rowerach jedziemy do Krynicy Morskiej. Tuż pod Stegnami znajdujemy sympatyczne gospodarstwo agroturystyczne, zrzucamy sakwy i śmigamy w kierunku Krynicy. Późnym popołudniem stajemy przed ostatnią latarnią na naszym szlaku, z której widać granicę z Mordorem. Brr... Jemy obiad i szybko wracamy, bo pogoda znów robi się „dynamiczna”. Rozbijamy namioty, jemy ciepłą kolację. To dobry czas na podsumowanie naszej wyprawy, jutro przed południem musimy dotrzeć do Gdańska, żeby zdążyć na pociąg do Bydgoszczy. Profesor Podbielski dziękuje wszystkim za „cojones” i sympatyczną atmosferę podczas wyjazdu. Po cichu obiecujemy sobie – no dobra, nie wszyscy – że za rok znów siądziemy na rower.

W Bydgoszczy czeka nas jeszcze jedna przygoda. Okazuje się, że z powodu soboty „wypadły” z rozkładu dwa pociągi i musimy czekać na dworcu dwie godziny. Przez chwilę rozważamy, czy nie byłoby lepiej jechać do Inowrocławia rowerami, ale ustalamy, że jednak mamy dość. To już naprawdę koniec wakacyjnej włóczęgi rowerami.

Zobacz też: Historia turystyki w I LO

Powrót

Valid HTML 4.01 Strict

Wykorzystano informacje, przykłady i rozwiązania ze strony: http://www.kurshtml.boo.pl. Wykonanie: Wojciech Świderski. Współautorzy strony.

Strona używa cookies. Informacje o cookies.